10-latek wydał 1500 zł na doładowania do gier. Sprzedawca nie widział problemu

Damian Jaroszewski

10-latek wydał 1500 zł na doładowania do gier. Sprzedawca nie widział problemu

W Olsztynie doszło do niecodziennej sytuacji. W ciągu zaledwie 3 dni 10-latek w jednym z saloników prasowych wydał około 1500 zł na karty doładowujące konto na konsoli. Cały problem polega na tym, że ze względu na młody wiek taka transakcja jest z punktu prawa nieważna.

Chłopiec we wtorek kupił karty za 200 zł, w czwartek za 300 zł, a w piątek za kolejne 1000 zł – w sumie 1500 zł. Zakupów dokonywał za każdym razem w tym samym miejscu, czyli w pobliskim saloniku prasowym. Pracujące w punkcie młode kobiety nie widziały w tym żadnego problemu i pozwalały 10-latkowi na takie zakupy.

– Karty kupował tylko w jednym miejscu, w saloniku prasowym. Zrobił to bez problemu, bez żadnej weryfikacji. Nie było pytań, skąd ma taką sumę i czy jest z nim osoba dorosła. Sprzedawca nie powiedział też, że syn nie może tego kupić, bo jest za młody – komentuje sprawę matka 10-latka.

Advertisement

Zobacz: Mózg gracza znacząco różni się od zwykłego – potwierdzają badania

Cały problem polega na tym, że według prawa zdolność do czynności prawnych nabywamy dopiero wraz z ukończeniem 13. roku życia. A zakup jest czynnością prawną. Oczywiście nikt nie przyczepi się, gdy dziecko kupi sobie bułkę lub lizaka, ale już wydanie 1500 zł w ciągu 3 dni i aż 1000 zł jednorazowo powinno zapalić lampkę ostrzegawczą w głowie osób, które sprzedają karty. Poza tym, nawet jeśli sprzedawca otrzymał pieniądze, a dziecko dostało karty doładowujące, to umowa sprzedaży jest nieważna.

– Właścicielka saloniku czuje się bezkarna. Odpowiedzialność zrzuca na młode i niedoświadczone pracownice. Mówi, że obsługują po 400 osób dziennie, więc mogą nie zauważyć, że młody chłopiec wydaje takie pieniądze. Rozmawiałam również z jedną z pracownic, która pamiętała mojego syna. Potwierdziła, że na jej zmianie kupował karty. Spytałam, dlaczego mu je sprzedała. Stwierdziła, że nie wiedziała, że nie może. Że szefowa jej powiedziała, że nikt jeszcze się nie skarżył. Czyżby liczył się tylko utarg? – mówi matka chłopca.

Zobacz: Gry mogą czynić ludzi antyspołecznymi, ale nie agresywnymi – mówią naukowcy z Oxfordu

Właścicielka saloniku próbowała załagodzić sytuację, proponując matce zwrot pieniędzy w zamian za obietnicę, że ta nie zgłosi sprawę na policję. Jednak po pewnym czasie kobieta przestała odpowiadać na wiadomości, więc sprawa ostatecznie trafił do funkcjonariuszy olsztyńskiej policji. Na razie nie wiadomo, jak się zakończy. W tym miejscu należałoby jeszcze dodać, że sami rodzice nie są bez winy. Tak naprawdę to właśnie oni zawinili w pierwszej kolejności. Ale zapewne media znowu ogłoszą, że wszystkiemu winne są gry…

Udostępnij:
Advertisement

Polecane artykuły