Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi – na pewno nie ostatni film z tego uniwersum. Redakcyjne opinie na temat najnowszej części gwiezdnej sagi

Zbigniew Pławecki

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi – na pewno nie ostatni film z tego uniwersum. Redakcyjne opinie na temat najnowszej części gwiezdnej sagi

Najnowsza część trzeciej sagi Gwiezdnych Wojen dostępna jest w kinach od 14 grudnia. Najlepiej obejrzeć ją jak najszybciej. U nas w redakcji, kto mógł to już był. Stało się to dobrym tematem do dyskusji. Zdania temat filmu są różne. Żeby nie było stronniczej recenzji, każdy wrzucił swoje trzy grosze na ten temat. Możecie przeczytać je poniżej. Zapraszamy Was do lektury oraz komentowania, opiszcie nam swoje wrażenia z filmu.

Na początku miałem pisać bez żadnych spoilerów, ale fuck it. Będą spoilery wielkie jak w BMW z wiejskiego tuningu. Teraz oficjalnie żeby nie było, że nie ostrzegałem.

!SPOILER ALERT!

Advertisement

Udało mi się przekonać moją ładniejszą połowę, aby wybrać się do kina w niedzielę a nie jak wcześniej planowaliśmy w środę. To była dobra decyzja. Oczywiście jak zwykle wszystko nie może iść gładko i rezerwacja poszła w kosmos, a miejsca były już zajęte. Musiałem wybrać inne, ale dzięki temu nikt nie siedział obok i nie mlaskał. Potem z kolei problem z płatnością, bo przecież w kinie Internetu NIET i kuponów nie odpalisz. Dalej to już z górki pół godziny reklam i czas na film. Swoją drogą, to sporo firm podpięło się pod Gwiezdne wojny, konsole, wiadomo Battle Front 2, ale maszynki do golenia? Zwłaszcza, że u Luka morda zarośnięta jak u żula spod sklepu.

Film „Ostatni Jedi” mogę śmiało uznać za jeden z najlepszych w całej serii Gwiezdnych Wojen. Oczywiście nie jest pozbawiony wad, mi to jednak prze przeszkadza. Trzeba się też definitywnie odciąć od tego co było w grach i książkach. Oficjalnie tamte wydarzenia nie miały miejsca. Jedyna słuszna prawda to jest to, co wydarzyło się w filmach. W tej części na ekranie praktycznie ciągle coś się dzieje i jest tam z jakiegoś powodu. Może i znanego tylko reżyserowi ale jednak. Zaczyna się tradycyjnie, napisy lecące w przestrzeń, a potem scena ze statkami walczącymi w kosmosie. Dwie i pół godziny minęły, a ja nawet na moment nie oderwałem oczu od ekranu. Oglądałem naprawdę z zapartym tchem, sceny akcji i sceny śmiechu przeplatały się ze scenami smutku, była też odrobina zniesmaczenia. Po jaką cholerę Kylo Ren zdejmował maskę, że o koszulce nie wspomnę? Nie chodzi mi tu o zerwanie z dziedzictwem starej trylogii i podobieństwa Rena do Vadera. Młody Solo ma ryj szpetny i apetyt mi odbiera. Jak go widzę to „mnie” gniją ziemniaki w piwnicy. Najgorsze jest jednak to, że nie mogę tej sceny już odzobaczyć. Jako potomek Anakina jest on główną postacią sagi, więc nie ma co liczyć na to, że już go nie pokażą. Nie mogę też łudzić się, że dla równowagi w kolejnej części zostaniemy wynagrodzeni sceną z Rey bez koszulki. A’propos cycków, to były cycki, nagie cycki w liczbie sztuk cztery. Ale nie ma co się podniecać kosmiczne zoofile, należały do samicy(?) zwierzątka wyglądającego trochę jak morświn albo mors, taka kosmiczna krowa. Luke bezceremonialnie podszedł sobie do niej, wydoił cyca z zielonego mleka, upił parę łyków z butelki i poszedł w swoją stronę. Absolutnie obrzydliwe i niepotrzebnie. Ludzie gadają, że to nawiązanie do niebieskiego mleka z czwartej części. Dla mnie to taka akcja promująca picie mleka dla zdrowych kości. Na tym jednak nawiązania do poprzednich części się nie kończą.

Wielokrotnie w czasie oglądania miałem lekkie wrażenie, że chyba gdzieś to już widziałem. Przykładowo zatopiony X-Wing na Ahch-To. Były też inne sytuacje wyglądające trochę schematycznie albo absurdalnie. Pomimo tego film niejednokrotnie mnie zaskakiwał, głównie za sprawą zwrotów akcji, było to pozytywne. Kilka scen, zwłaszcza tych końcowych spowodowało, że jestem bardzo ciekaw, co będzie dalej. Niby wiadomo, bo będzie jak zawsze. Jasna strona i rebelia zwyciężą z Nowym porządkiem, ale w jaki sposób dojdzie do zwycięstwa? Był też mały szczegół, który może zostać wykorzystany w kolejnej trylogii, o ile ta będzie się działa w czasach po zakończeniu trzeciej trójki. Chodzi o dzieciaka, który sobie zamiata stajnie wykorzystując Moc. Też bym tak chciał, zamiast latać z odkurzaczem to myk, myk i posprzątane. Oznacza to, że rośnie kolejne pokolenie sprzątaczy obdarzonych mocą, albo kolejnych Jedi. A jak przy Mocy jesteśmy, bardzo dobrym posunięciem był powrót do korzeni i wyjaśnienie czym ona jest. Znowu jest to otaczająca wszystko energia, a nie jakieś malaryczne pasożyty pływające we krwi. Reżyser zerwał z tą bzdurą z pierwszej części.

W końcu też doczekałem się pokiereszowanej facjaty Snoka w pełnej krasie, a nie gigantycznego hologramu. Dla mnie gość wygląda jakby mu wycięli część żuchwy a dodatkowo miał dziurę w tchawicy jak po wycięciu przełyku, o szlafroczku Hefnera nie wspominam. Typ się sypał niczym Dart Sion z KOTOR’a 2. Nie owijając w bawełnę, koleś się rozpadł na dwie części niczym Darth Maul w Mrocznym Widmie. Pomógł mu w tym miecz świetlny w brzuchu. Szkoda tylko, że ostatecznie nie odpowiedział na pytanie „Kim ty, k..urcze jesteś pajacu?”. Koleś znikąd. Co do innych dziwnych podobieństw postaci, to kryształowe lisy skojarzyły mi się z Jolteonami, czyli ewolucyjną formą Eevee z Pokemonów. Wesołego akcentu do filmy dodały Porgi, wielkookie latające świnki morskie, ze swoimi słodkimi mordkami. I były one zdecydowanie lepsze jako „śmieszna atrakcja” niż Ewoki czy Jar Jar Bings. Ten ostatni powinien zarobić mieczem świetlnym w nerę w pierwszej minucie po spotkaniu.

Jestem pod dość dużym wrażeniem tego jak cała technika animacji komputerowej poszła do przodu. Wyrenderowane postacie bardzo dobrze wtapiały się w sceny i praktycznie nie mógłbym się przyczepiać do niczego poza ręką Snoka, która w jednym momencie była słabo nałożona na resztę filmu i wyglądało to dość tandetnie. Trochę jak stare filmy na blue boksie. Mam też wrażenie, że reżyser Rian Johson troszeczkę zatracił się w twórczości R.R. Martina, bo w tej części trup ściele się bardzo gęsto. Co prawda licznik zgonów nie da wyniku z Nowej nadziei, bo tam całe Alderaan poszło z dymem, ale i tak było tego sporo i widowiskowo. Krwawa łaźnia bardzo mnie zaskoczyła a dodatkowo pozostawiła uczucie smutku i straty, po niektórych postaciach. Zginął admirał Ackbar, w pułapce jaką zastawiło Impeeee… znaczy Nowy porządek. Biedaka wyssało w przestrzeń kosmiczną i tyle go widzieli :-(. Nie zrezygnowano też z tradycji grubego pilota X-Winga, który szybko ginie. Wiem jedno – jak ktoś gruby pilotuje maszynę to znaczy, że zaraz zginie. Analogicznie jak czarnoskórzy w horrorach, zawsze któryś ginie jako pierwszy, alternatywa to cycata laska. A jak jesteśmy jeszcze przy zgonach to ciekawi mnie jak w kolejnej, IX części zostanie rozwiązany problem z Leią graną przez zmarłą rok temu Carrie Fisher. Podobno na jej miejsce ma być inna aktorka, a w post produkcji mają nałożyć jej komputerowo twarz Carrie. Ta zresztą też dała popis umiejętności i po tym jak Acbara i kilka osób wyssało w przestrzeń kosmiczną, Leia pobawiła się w Supermana i pofrunęła sama do statku. Kolejna dużą stratą była śmierć Luka, chłopina zrobił swoje i pozostał po nim tylko płaszcz tak jak po Obi Wanie, znaczy połączył się z mocą. W kolejnej części będzie prawdopodobnie występował w postaci astralnej. Zupełnie jak Yoda, który pojawił się na kilka minut, żeby pobawić się w nazistę i podpalić bibliotekę. Taki trochę infantylny szaleniec. Jednak lata spędzone w samotności na Dagobah odcisnęły na nim swoje piętno.

Troszeczkę odbiegłem od tematu, a muszę wspomnieć coś o muzyce. Ta jak zwykle skomponowana przez Johna Williamsa jest świetna tak jak poprzednio. Tyle w temacie :-). Podsumowując, film wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie i polecam go wszystkim fanom Gwiezdnych Wojen. Tylko nie analizujcie tak wszystkiego co zobaczycie, bo znowu komuś od tego dupsko pęknie. Jestem bardzo ciekawy kolejnej części z reżyserskim powrotem J.J. Abramsa. Niestety przyjdzie na nią czekać kolejne dwa lata. Na pocieszenie już za rok spin-off z młodym Indianą Jonsem tfu… Hanem Solo. Pakujcie dzieci zabawki i marsz do kina na Ostatniego Jedi! Nie zawiedziecie się.

TLDR: „Ostatni Jedi” – Polecam. Dziękuję dobranoc.

Marcin „SoSlowGamer” Czajka

[nextpage title=”Zbigniew „Emill” Pławecki”]

w tym momencie do komputera dopycha się Emill, który po ostatnim weekendzie, spędzonym w kinie na seansie najnowszych Gwiezdnych Wojen, uparł się, że też musi dodać swoje trzy grosze…

Jako, że poprzednia część Gwiezdnej Sagi podobała mi się o wiele bardziej niż trzy prequele, z niecierpliwością czekałem na kolejny epizod – a ujawniane przez autorów trailery tylko podsycały ciekawość, wraz z poruszonymi wtedy wątkami. I po seansie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie zawiodłem się, a Ep. VIII to moim zdaniem piąta w kolejności – ale z naprawdę niewielką stratą do czołówki – część SW. Piąta, bo podium bezsprzecznie zajmuje oryginalna trylogia, a na czwartym miejscu znajduje się VII. Co prawda wiele osób oskarżało tamtą część o bycie odgrzewanym kotletem, a ja sam co chwilę miałem uczucie deja vu, ale było to całkiem przyjemne uczucie – tak jakbyście nagle znaleźli się w znanym otoczeniu.

W „Ostatnim Jedi” takich nawiązań jest mniej, a cała historia zaczyna skręcać na zupełnie nowe tory. Starzy bohaterowie albo giną (vide: Luke), albo po prostu pewnie znikną w jakiś inny, naturalny sposób. Bo „Ostatni Jedi” to próba rozpoczęcia nowej Sagi, z nowymi bohaterami i dla zupełnie nowej widowni. Próba jak dla mnie całkiem udana, w której postacie Kylo Rena i Rey „dojrzewają” (szczególnie w przypadku tego pierwszego, który sam w sobie jest uosobieniem zerwania ze starą historią) i coraz ciekawiej wygląda tworząca się między nimi relacja. Nie sposób nabrać ciekawości jak ten temat zostanie pociągnięty dalej. Oby tylko nie skończyło się jak w przypadku Snoke’a, o czym wspomniał już wcześniej SoSlowGamer. Poza tym o piątej pozycji zdecydowało kilka bardzo głupich scen, których w VII nie było, albo nie rzucały się aż tak w oczy. Po pierwsze scena bombardowania okrętu Pierwszego Porządku z początku filmu. Ja wiem, że to Gwiezdne Wojny i nie należy tutaj doszukiwać się specjalnej logiki pewnych scen, ale ZRZUCANIE bomb na obiekt w kosmosie, gdzie NIE MA grawitacji, jest dość… dziwne? No chyba, że Pancernik Pierwszego Porządku wytworzył własne pole grawitacyjne. Kolejna bezsensowna scena to samobójczy atak viceadmirał Holdo na niszczyciel Supremacy… skoro pokonanie nawet największych statków we flocie Pierwszego Porządku / Imperium było tak proste, dlaczego ktoś wpadł na to dopiero w ósmej części? Po co były te wszystkie kombinacje z Gwiazdami Śmierci, skoro wystarczyło poświęcić jednego pilota, odpalić nadświetlną i wziuuuumm…. po temacie?

Ale, o ile tamte sceny zaczynają uwierać niczym miecz Kylo Rena w brzuchu Hana Solo dopiero po głębszej analizie, o tyle w filmie pojawiła się jedna scena, po której uczucie zdumienia i zażenowania pojawia się od razu. Mówię tutaj o „kosmicznym locie” Lei, w którym wyglądała tam jak połączenie Supermana i disneyowskiej księżniczki, niesionej przez wróbelki. No na litość, ja rozumiem, że Moc jest w niej silna i takie tam, ale skoro jej ciała nie rozerwała nawet kosmiczna próżnia, a ona sama po chwili przebudziła się i „podleciała” do statku Rebelii, to to znaczy, że każdy władający Mocą powinien być praktycznie nieśmiertelny. Przyznam, że w tym momencie w moim mózgu nastąpiło przeciążenie, a siła ewentualnego facepalma urwałaby mi głowę. I na koniec cały „etap” z Miasta-Kasyna – kompletnie ta wstawka nie pasowała mi klimatem go Gwiezdnych Wojen, a bardziej chociażby do filmów z Indianą Jonesem. Podsumowując, z kina ostatecznie wyszedłem usatysfakcjonowany, ale kilka momentów wywołało zażenowanie i sprawiło, że ocena końcowa zjechała w dół – 6,5/10.

Zbigniew „Emill” Pławecki

[nextpage title=”Lech „LuiN” Okoń”]

– A kysz cholerni spojlerowcy i złodzieje argumentów – krzyknął Lech, który do kina dopchał się jako pierwszy, bo już w przeddzień premiery. Teraz jego kolej na podsumowanie.

Moje oglądanie Gwiezdnych Wojen co roku nakłada się z astronomiczną serią „asapów i dedlajnów”. Podobnie jak rok temu, do kina przybiegłem z językiem na brodzie, ale po nieprzespanej całej nocy. Bałem się, że będzie przysypianie jak poprzednio, tymczasem film podziałał na mnie niczym zastrzyk z jakichś opiatów. Nie dość, że cały seans przeżyłem z wybałuszonymi oczyma i w pełnym skupieniu, to potem z emocji nie mogłem zasnąć do 2 rano.

Pierwsze wrażenia po Ostatnim Jedi były euforyczne, a gdy zerkałem na wychodzących z sali kinowej, w euforii tej nie byłem osamotniony. Nie znaczy to jednak, że wszystko mi pasowało. Mark Hamill okazał się dla mnie jeszcze bardziej infantylnie irytujący niż w poprzednich częściach, a przesiąknięty do szpiku kości Grą o Tron, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Luke wygląda teraz trochę jak Peter Dinklage, czyli Tyrion Lannister. Zamiast więc skupiać się na jego pachnącym dłużyzną patetyzmie, sceny z Lukiem uderzały mnie pewną groteską. No może oprócz wzruszającej finałowej.

Zgoła inaczej sprawa wyglądała w przypadku Adama Drivera, który przy pierwszym podejściu nie był w stanie wymazać mi z głowy jego roli w serialu Dziewczyny. Tym razem, był już rzeczywiście Kylo Renem. I gdyby nie zepsuł wszystkiego sceną bez koszulki, pewnie bym nawet zaczął twierdzić, że nadaje się na postać negatywną. No może nie do końca negatywną, bo akurat w tej części przede wszystkim zagubioną. Fanatyk dziadka Vadera stale jest „gaszony”, jeśli nie przez inne postacie, w tym swoją matkę, to przez samego siebie – bo może jednak będę dobry?

Snoke póki co nie doczekał się historii swojego dojścia do władzy. Nie mamy też pojęcia skąd przywódca Najwyższego Porządku taką błyskawicą zebrał fundusze na budowę armii i abstrakcyjnie kosztownego projektu Gwiazdy Śmierci. Co więcej, jakimś cudem ani Vader, ani Luke nie wykryli tej potężnej, przesiąkniętej Mocą istoty… Tyle części, a ten incognito żyje sobie przez lata i nagle staje się najpotężniejszą siłą w galaktyce. Zanim czegokolwiek dowiedzieliśmy się, siup i typa nie ma. Jest jednak teoria, że to właśnie on jest autorem świętych ksiąg, o czym świadczyć mają figury w świątyni. Czy to prawda? Czas pokaże.

Równie zagadkowe okazały się niszczyciele Najwyższego Porządku. Dziwnym trafem wytwarzają wokół siebie olbrzymią grawitację, która pozwala na swobodne zrzucanie nań bomb. Co jeszcze dziwniejsze, są tak ślamazarne, że „wycieczkowy” krążownik Republiki absolutnie nie może być przez nie doścignięty i przez pół filmu trzeba go uparcie ostrzeliwać i za nim gonić. Ktoś chyba zapomniał, że w próżni paliwo do lotu jest zbędne (brak tarcia) i w wyścigu tym wygrywa ten statek, któremu można dłużej zwiększać szybkość. Krążownik Republiki „z pełnym bakiem” powinien więc błyskawicznie skrócić dystans. No ale czego tu się spodziewać po Najwyższym Porządku, skoro ten „zapomniał” uruchomić pola siłowe i dał się łatwo przeciąć w finalnej scenie. Skoro to było takie proste, dlaczego nadświetlna nie była uruchomiona na autopilocie tylko osobiście przez Wiceadmirał Holdo? Można było też ruszyć na niszczyciel z wykorzystaniem mniejszych statków, które jeden za drugim zestrzeliwał Nowy Porządek. Te ostatnie rzecz jasna zatrzymywały się z braku paliwa, bo prawa dynamiki w Gwiezdnych Wojnach są bardziej abstrakcyjne niż istnienie Mocy.

Choć na początku pisałem, że stale gapiłem się ekran, to jednak Leia lecąca przez próżnię zmusiła mnie do wywrócenia oczami. Po prostu brak mi słów. Warto natomiast zauważyć, że w tej części sagi nie ma już dominacji gówniarzy, lecz wokół głównych bohaterów krąży mnóstwo dojrzałych postaci. Najistotniejszym z gówniarzy jest oczywiście John Boyega w roli Finna. I to może nawet nie wiekiem, co swoją grą aktorską. Ale on zdaje się, że służy do tego by irytować. I tylko tym tłumaczę sobie tę z pozoru zupełnie przypadkową i zbędną kreację.

No i jest wreszcie cudowna Daisy Ridley jako Rey, która w tajemniczy sposób znalazła się na Sokole Millennium i doleciała nim do reszty Ruchu Oporu. Równie tajemniczo nagle zaczęła biegle posługiwać się mocą i mieczem, by bez jakiegokolwiek szkolenia utrzymać w powietrzu (z uśmiechem na twarzy) tony skał. Anakinowi na takie cuda trzeba było trzech filmów. Gdy już przy przesadnie potężnej Rey jesteśmy, to warto zauważyć, że „zajumała” święte księgi, a Yoda zrobił sobie radosne jaja z Luke’a zapalając drzewo. Wszyscy w sieci narzekają na Yodę, którego tradycyjnie zagrała lalka, dla mnie jednak był bardziej wyrazisty od niejednej postaci z dłuższym czasem na wizji.

No dobrze powiecie, podobało się, a jednak sam hejt wyżej? To kwestia podejścia. Trudno jest wymagać od filmu przepełnionego magią przesadnego realizmu. To cudowna baśń, w której nie przeszkadzają dźwięki w próżni i często przerysowane do granic postacie. Oglądający ponarzekają sobie jak zawsze, a potem w kolejnej części czy jakimś spin-offie dowiedzą się o co chodziło z zagadkowymi elementami fabuły. To wreszcie film, który przywołuje cudowne wspomnienia – Ostatni Jedi był kolejną podróżą sentymentalną i spotkaniem z ekranowymi przyjaciółmi. Na koniec zostawił w serduchu niepokój, bo jak to, cała rebelia zmieściła się na kompaktowym Sokole Millennium? Nowy początek Sojuszu dla przywrócenia Republiki, będzie bardzo trudnym początkiem, a już za dwa lata obejrzymy wyjątkowo niesprawiedliwe starcie dobra ze złem.

Lech „LuiN” Okoń

[nextpage title=”Szymon „Majster” Nocoń”]

Temat nie umknął również Majstrowi, który w świecie gwiezdnych wojen wylądował dawno, dawno temu…

W paru zdaniach wstępu – pierwszy raz oryginalną trylogię obejrzałem u dziadków, niemal 20 lat temu. Zaczęło się rzecz jasna od Nowej Nadziei, a jeszcze tego samego wieczora, mając ledwo 7-8 lat wchłonąłem Imperium Kontratakuje i Powrót Jedi. Z miejsca stałem się fanem. Kolejne dekady przyniosły ze sobą nową trylogię, dziesiątki ciuchów sygnowanych gwiezdnowojennym logo, setki godzin spędzonych przy wielu pecetowych grach z uniwersum (Racers, Jedi Knight: Jedi Outcast, Jedi Academy, Battlefront II i SWTOR szczególnie) i niezliczoną ilość godzin spędzonych przy powtarzaniu kanonicznych filmów jak i seriali je rozszerzających. Jestem fanem na tyle mocnym, że wśród moich znajomych panuje przekonanie, że nie jestem w stanie obiektywnie ocenić nowych produkcji. Ta… Krzyczenie „11/10!!!!” na Facebooku po premierze VII części nie pomogło. A jednak – spróbuję.

Poprzednie odsłony miały swoje wady i zalety. Z seansu Przebudzenia Mocy wyszedłem z wypiekami, jako że w końcu, od tylu lat ktoś zaspokoił moje zboczenie, jednak kolejne tygodnie i miesiące przełożyły się na ochłodzenie emocji i podsumowanie – to nie było dokładnie to, co chciałem widzieć. Kalka starej, czwartej części w wydaniu przyzwoitym, jednak odstraszającym postacią Emo-Rena, kolejną wersją gwiazdy śmierci czy Snoke’a-Imperatora v2. Był bezpieczny, zbyt bezpieczny aby spodobać się wielu fanom. Potem przyszedł czas na Łotra 1 i tu już bez specjalnych oczekiwań poszedłem do kina dostając w nagrodę produkcję, którą uznaję za niesamowicie dobrą, dojrzałą i niezbyt optymistyczną, co bardzo mi spasowało.

Zwiastuny Ostatniego Jedi oglądałem po kilkanaście razy, starannie analizując każdy z nich. Przejrzałem najpopularniejsze teorie fanowskie odnośnie możliwego rozwoju wydarzeń, kupiłem bilety pierwszego dnia przedsprzedaży, zacząłem czekać. Delikatnie zawiedziony Przebudzeniem Mocy oszczędzałem pokłady emocji jak tylko się dało.

Sądziłem, że do czynienia będę mieć z remakiem Imperium Kontratakuje, a fani stworzyli teorie tak prawdopodobnie brzmiące, że byłem przekonany, że niczym mnie seans nie zaskoczy.

Oj jak bardzo się pomyliłem. Jak bardzo cała sieć się myliła! Wielu narzeka na tempo filmu oraz jego długość. Często trafić można na zdania zawierające hasła „zbyt długie”, „rozwleczone”, „skompresowane 2 filmy w 1”, „za dużo star warsów w star warsach” i osobiście mocno się z tym nie zgadzam. Potrzebowałem filmu, który byłby niczym osiedlowy dres po sporej dawce mefedronu – naładowanego akcją i twistami do granic możliwości, gdzie klimat kapałby na podłogę również przez moją rozdziawioną szczękę, jednocześnie pokazując coś nowego, nie korzystającego z dobrodziejstw scenariuszy pisanych w latach 70. i 80. Nie wierzyłem, że twórcy będą w stanie mnie zaskoczyć, a niemal każda minuta filmu nad wyraz skutecznie udowadniała mi, że byłem w błędzie. W fabule widać co prawda momentami nawiązania do oryginalnych produkcji – nie było ich jednak na tyle dużo, by w moich myślach zaczęły się kłębić słowa klasy „powtórka”, „zrzynka”, „plagiat”. Akcja wmurowała mnie w fotel i nie puściła aż do wyjścia z kina. Historia wyraźnie zamyka wątki starych bohaterów, przygotowując widzów na spotkanie z nową historią, niepowiązaną już bezpośrednio z rodem Skywalkerów, co jest dla mnie dużym plusem. Dzieje odległej galaktyki idą w dobrą i ciekawą stronę a scenariuszowi niewiele mam do zarzucenia.

Momentami śmiechu i autoironii było jednak za dużo przez co cały film stracił swój poważny wydźwięk serwowany przez Przebudzenie Mocy i Łotra 1, powracając jednak w klimaty oryginalnych epizodów. Postać Kylo Rena została rozwinięta w świetny sposób, jednocześnie usuwając Adama Drivera z mojej listy nienawiści do aktorów, a jego relacja z Rey napisana została bezbłędnie. Sama kreacja Luke’a, zagrana przez Marka Hamilla była jego najlepszą rolą w dorobku kinowym, a ostatni Skywalker na ekranie był według mnie najmocniejszą postacią w filmie. Poe Dameron nabrał charakteru i jego postać nastraja bardzo optymistycznie myśląc o kolejnych odsłonach i jego roli jako przywódcy Ruchu Oporu.

To co zaliczyłbym do rzeczy niezbyt udanych, to postać i historia Snoke’a, który okazał się być przeciwnikiem nie dorastającym do pięt Imperatorowi Palpatine oraz postacie Finna i Rose, które sprawiały wrażenie dodanych na siłę. Zawiodła również kreacja postaci Kapitan Phasmy, co do której miałem wielkie nadzieje, widzą w niej być może następczynię bad-assowego Jango/Boby Fetta. W temacie najwyższego lidera jestem spokojny. To czego nie wiemy już niedługo wyjaśnią nam pisane przez fanowych twórców książki i komiksy. Przyczepić też muszę się do słodkich Porgów. Nie ma to jak wprowadzić prostego zwierzaka, którego tak łatwo przerobić na pluszaka i posłać w kierunku dzieci na sklepowe półki… Śmieszne i urocze w filmie, jednak wszyscy wiemy dlaczego tak naprawdę tam się znalazły… Wyciąłbym też całe miasto-kasyno i latającą Leię, więcej jednak wspomniał już o tym kolega Emill, powyżej. Będzie mi też brakować potęgi jaką prezentowało sobą stare, dobre Pierwsze Międzygalaktyczne Imperium. Nowy Porządek to jedynie jego marne popłuczyny i nie wierzę w sukces bandy sterowanej przez Huxa-nieogara i już-mniejszego-emo-ale-jednak-Rena.

Pod względem realizacji Ostatni Jedi również stoi na najwyższym poziomie. Kadry prezentowane w filmie są świetne zawsze i wszędzie, prosząc się o stopklatkę i druk do obrazu na ścianę. Budżet na realizację filmu nie został skonsumowany w sposób niewłaściwy ciesząc me oczy i uszy do granic możliwości.

Widząc ścianę tekstu powyżej – przerwę mój wywód i zamknę go krótkim podsumowaniem. Historia przedstawiona przez twórców jest przeze mnie w pełni zaakceptowana i zrozumiana. Podoba mi się droga, którą zmierzają losy bohaterów przedstawionych w Ostatnim Jedi. Film został zrealizowany pod względem technicznym wzorowo, a wady okazały się na tyle niewielkie, że w kinie siądę oglądając ostatniego Skywalkera przed końcem roku jeszcze przynajmniej dwa razy. Liczbowo? 8/10

Szymon „Majster” Nocoń

[nextpage title=”Damian „NeR1o” Jaroszewski”]

…Do komputera doczłapał się też Damian, chociaż nie miał na to większej ochoty. Ostatni Jedi to ostatnie, na co miał ochotę…

Idąc do kina na Ostatniego Jedi byłem pełen nadziei. Tyle ciekawych postaci, tyle tajemnic, tyle mniej i bardziej szalonych teorii fanów. Możliwości były ogromne. Niestety, wyszedłem mocno rozczarowany. Film najzwyczajniej w świecie mi się nie podobał. Dla mnie miarą „dobrego” filmu jest to, że wracając do domu mam ochotę o nim rozmawiać. Chcę dyskutować o najważniejszych kwestiach. Po pierwszej części ryj mi się nie zamykał (chociaż wiem, że nie jest to film rewelacyjny). Po Ostatnim Jedi wracaliśmy z żoną niemal w ciszy, oboje rozczarowani.

Nie rozumiem decyzji fabularnych, które zostały podjęte. Weźmy na przykład głównego przeciwnika. Snoke – potężny, tajemniczy i przerażający. Był to villain na miarę Palpatine’a. Budził grozę. Prawda, nie wiedzieliśmy o nim zbyt wiele. Pojawił się jakby znikąd, ale przecież tak samo było z Imperatorem w starej trylogii. Też nic o nim nie wiedzieliśmy. Dopiero części I-III wyjaśniły nam, kim on był. Snoke miał zadatki na przeciwnika z krwi i kości. Tymczasem zginął w tak żenujący sposób, że brak mi kompletnie słów na opisanie tego. Teraz tym złym został Kylo, który przypomina buntującego się nastolatka, kaszlącego po każdym zaciągnięciu się papierosem. Stara się być przerażający, zły i ogóle cool, ale jest w tym groteskowy i śmieszny. Leia mogłaby do niego podejść, przełożyć go przez kolano i wysłać do kąta. I tyle zostałoby z wielkiego Sitha.

Kolejna sprawa – Finn. Po co on w ogóle jest w tym filmie? Mogłoby go nie być i widz nic by na tym nie stracił. Jego wątek jest kompletnie zbędny. Może i cała historia w kasynie miała ukazać, że we Wszechświecie źle się dzieje, ale jednocześnie nie wszystko jest czarno-białe. Są też odcienie szarości. Tylko dało się to zrobić lepiej. I bez Finna. Nie odmawiam Boyedze umiejętności, ale jego postać jest po prostu źle napisana.

Nie rozumiem za to czepiania się kilku aspektów. Na przykład Leia latająca w kosmosie. Dzwońcie na policję – przecież ona nie jest Jedi i nie przeszła szkolenia!!! A tak naprawdę tego nie wiemy. Minęło wiele lat od poprzednich części. Księżniczka-generał miała sporo czasu na doskonalenie swoich umiejętności, a przecież miała taki sam potencjał jak Luke. Poza tym wyczuwała wiele rzeczy z odległości setek tysięcy lat świetlnych, np. śmierć Hana lub odejście brata. To oznacza, że była silna w mocy. Jasne, scena był absurdalna i śmieszna, ale akurat czepianie się „mocy Lei” nie ma sensu. Kanon jest otwarty. Komiksy mogą nam pod tym względem jeszcze wiele wyjaśnić.

A co z Rei, która pomachała chwilę mieczykiem i nagle jest wielkim Jedi? Miłośnicy Star Wars chyba zapomnieli, co Luke zrobił w starej trylogii. Nie ukończył szkolenia u Yody. Za przeproszeniem – gówno wiedział o mocy. A jednak ruszył na potężnych Sithów i jako jedyny uszedł z tej potyczki z życiem. Także umówmy się – logika nie jest najmocniejszą stroną Gwiezdnych Wojen.

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że Ostatni Jedi nie jest dobrym filmem. Rozumiem niektóre argumenty, że to nowe otwarcie dla serii i zerwanie z tym, co było wcześniej. Ale czy to było potrzebne? Czy Star Wars powinno silić się na wielkie moralizatorstwo i kino wyższych lotów? Przecież to w gruncie rzeczy seria rozrywkowa, a mi tej rozrywki nie dała.

Damian „NeR1o” Jaroszewski

Tak najnowsze Gwiezdne Wojny wyglądają w naszych oczach. A teraz… Wasza kolej – czekamy na Wasze komentarze i opinie na temat filmu. Do dzieła i „niech Moc będzie z Wami”.

źródła grafik: Retroheadz.com, Forum Cinemas, Wallpapersden.com, TheRinger.com

Źródło: wł.

Udostępnij:
Advertisement

Polecane artykuły