Powrót do Assassin’s Creed IV: Black Flag po latach okazał się zaskakująco naturalny i można powiedzieć pożądany. To wciąż ta sama piracka fantazja, która kiedyś tak skutecznie wybiła serię z utartego rytmu i pokazała, że Assassin’s Creed potrafi działać nie tylko jako opowieść o skrytobójcach, ale też jako pełnokrwista przygoda na morzu. Resynced nie próbuje tej tożsamości wywracać do góry nogami.
Zamiast tego bierze oryginał, czyści go z niepotrzebnych rzeczy, dokłada kilka nowych pomysłów i stara się sprawić, by Edward Kenway znów wypłynął na szerokie wody w formie, która nie trąci muzeum. Jednak Ubisoft nie byłby sobą gdyby do tej bajki nie dodał czegoś, co mocno psuje odbiór gry.
Największa zaleta tego projektu polega na tym, że Ubisoft nie próbował na siłę zrobić z Black Flaga kolejnego action RPG. W czasach, gdy seria długo szła w stronę rozdmuchanych struktur, poziomów doświadczenia i statystyk ważniejszych od wyczucia sterowania, powrót do bardziej zwartej, przygodowej formuły działa wręcz odświeżająco. Resynced jest więc jednocześnie podróżą sentymentalną i dość czytelnym przypomnieniem, dlaczego wielu graczy do dziś stawia Black Flaga w ścisłej czołówce serii.

Fabuła
Pod względem fabularnym fundament pozostał ten sam. Edward Kenway nadal jest bardziej piratem niż asasynem, a jego droga do wplątania się w konflikt Asasynów i Templariuszy wynika przede wszystkim z chciwości, pychy i przekonania, że świat można sobie po prostu wyszarpać. To (anty)bohater, który przez dużą część historii jest zwyczajnie trudny do polubienia, ale właśnie dzięki temu jego przemiana ma odpowiedni ciężar. Resynced nie zmienia tej osi opowieści, tylko pomaga jej wybrzmieć czytelniej.
Największą zmianą względem oryginału jest wycięcie pełnoprawnego współczesnego wątku z Abstergo. W 2013 roku ta warstwa miała swoich obrońców, ale dla wielu była po prostu przerywnikiem wybijającym z rytmu karaibskiej przygody. W Resynced historia Edwarda została przez to mocniej scalona i płynie bez tych regularnych, sztucznych przerw. Z perspektywy czystej narracji pirackiej to działa, bo łatwiej skupić się na samym bohaterze, jego relacjach i dojrzewaniu. Z drugiej strony coś jednak przepada — oryginał miał bardziej wyraźne science fiction w tle i mocniejsze poczucie, że ogląda się przeszłość przez filtr większej, współczesnej intrygi.

Nowe zadania i dodatkowe sceny w większości wypadają dobrze. Najbardziej widać to przy postaciach pobocznych, które dostały więcej miejsca albo mocniejsze domknięcie swoich historii. Dzięki temu część relacji, które w oryginale bywały urwane lub ledwie zaznaczone, tutaj ma więcej emocjonalnego sensu. Resynced nie pisze Black Flaga od nowa, ale miejscami dopowiada to, co wcześniej tylko zarysowano, i zazwyczaj robi to z wyczuciem.
Rozgrywka
Najważniejsze pytanie przy takim projekcie brzmi zawsze tak samo: czy to nadal jest Black Flag? Odpowiedź brzmi — zdecydowanie tak, choć mechanicznie to już nie jest kopia 1:1. Ubisoft poprawił poruszanie się, parkour i ogólną płynność działań Edwarda. Postać reaguje sprawniej, rzadziej klinuje się na elementach otoczenia, a przemieszczanie się po miastach, dżungli i pokładach statków jest zwyczajnie przyjemniejsze. To jedna z tych zmian, które może nie są mocno promowane w zwiastunach, ale w praktyce poprawiają komfort rozgrywki.
Skradanie też zostało unowocześnione. Edward może teraz kucać i korzystać z osłon bardziej swobodnie, a nie tylko w wyznaczonych strefach. Dodano także elementy związane z widocznością, pogodą i cieniem, co sprawia, że infiltracja ma odrobinę więcej współczesnego szlifu. Problem w tym, że nie wszystkie te usprawnienia są równie dobrze wykorzystane. Część misji opartych w oryginale na podążaniu za celem albo na skradaniu się została usunięta lub przebudowana, przez co nowe narzędzia nie zawsze mają, gdzie naprawdę zabłysnąć. To jeden z paradoksów Resynced: daje więcej możliwości, ale nie zawsze umie je sensownie spożytkować.

Walka w zwarciu nadal pozostaje elementem, który bardziej spełnia swoją funkcję, niż zachwyca. Jest bardziej dynamiczna niż w oryginale, ma lepsze animacje, parowania, mocniejsze ataki i bardziej efektowne wykończenia, ale wciąż trudno powiedzieć, by była prawdziwą perłą systemową. To raczej poprawione stare rozwiązanie niż rewolucja. Dla jednych będzie to zaleta, bo Black Flag nigdy nie potrzebował przesadnie skomplikowanej szermierki. Dla innych pozostanie to przypomnieniem, że seria od lat miała z walką wręcz pewien problem i Resynced go do końca nie rozwiązuje.
Bitwy morskie bronią się znakomicie, tak jak broniły się w oryginale. Nadal są sercem całej przygody, a jednocześnie jednym z najlepszych powodów, by do tej odsłony wrócić. Prowadzenie statku dalej daje ogromną satysfakcję, sztormy wyglądają lepiej niż kiedykolwiek, abordaże mają odpowiednią energię, a rozwijanie uzbrojenia statku nie traci sensu. Nowe możliwości ofensywne i powiązane z nimi zadania oficerów są sensownym dodatkiem, bo rozbudowują to, co już wcześniej działało bardzo dobrze, zamiast próbować wymyślić koło na nowo.
Zmiany w aktywnościach pobocznych są bardziej punktowe, ale zauważalne. Część wysp została przeprojektowana, pojawiły się nowe zadania, dodatkowi bohaterowie, usprawnienia związane z podróżowaniem i kilka jakościowych poprawek, które redukują dawne upierdliwości. Dobrym przykładem jest szybszy dostęp do statku czy brak dawnych loadingów przy wpływaniu do większych lokacji. To właśnie w takich drobiazgach Resynced pokazuje, że nie chce być tylko podbitą rozdzielczością z marketingowym dopiskiem.
Technikalia
Na PC Assassin’s Creed Black Flag Resynced potrafi wyglądać naprawdę świetnie. Karaiby odzyskały głębię, gęstość i atmosferę, jakiej w oryginale po prostu nie dało się osiągnąć. Woda, oświetlenie, dżungla, sztormy i zachody słońca momentami robią kapitalne wrażenie. To nie jest kosmetyczny lifting, tylko pełnoprawna przebudowa oprawy, która zachowuje charakter pierwowzoru, ale prezentuje go na poziomie nowoczesnego sprzętu. Szczególnie dobrze wypadają krajobrazy i warunki pogodowe, bo właśnie one najlepiej sprzedają poczucie żeglugi po nieprzewidywalnym, pięknym i groźnym świecie.
Modele postaci również zostały odświeżone, choć tutaj efekt bywa nierówny. Część bohaterów prezentuje się bardzo dobrze i zachowuje swoją rozpoznawalność, ale nie wszystkie nowe animacje twarzy są idealne. W niektórych scenach da się wyczuć lekką sztywność albo drobne potknięcia mimiki. Również widać spadek liczby klatek podczas odtwarzania scenek. To nie psuje odbioru całej historii, ale przypomina, że Resynced momentami znajduje się gdzieś między luksusowym remasterem a remake’iem, który nie zawsze dopina wszystkie detale na ostatni guzik.

Od strony wydajności pecetowa wersja wypada solidnie, choć nie bez zastrzeżeń. Gra potrafi działać bardzo dobrze, ale zdarzają się pomniejsze bugi, okazjonalne glitche i sporadyczne crashe. Nie miałem wrażenia obcowania z techniczną katastrofą, raczej z produkcją ambitną, dużą i momentami lekko niedopieszczoną, jakby zabrakło czasu. Szkoda, że zamiast na to, czas został spożytkowany na wepchnięcie do gry mikropłatności. Na dzień dobry dostajemy od Ubisoftu w pysk możliwościami dokupienia różnych dodatków, których cena łącznie przewyższa koszt zakupienia całej gry. Można powiedzieć, że kupować nie trzeba, ale co takie rzeczy robią w grze singleplayer? Wszystko to powinno być do zdobycia przez rozgrywkę a nie za dodatkową kasę. Boli również, że Freedom Cry nie został wciągnięty do gry jako całość. To taka mała gorzka posypka, która nie pozwala w pełni cieszyć się tym pysznym daniem.
Najważniejsze jest jednak to, że podstawowy komfort grania pozostaje wysoki, a wszystkie największe atuty Black Flaga — eksploracja, żegluga, klimat i tempo przygody — nie toną przez problemy techniczne.
Podsumowanie i ocena
Assassin’s Creed Black Flag Resynced to bardzo udany powrót do jednej z najlepszych odsłon serii. Nie jest to projekt bez wad, ale też trudno nie docenić, jak umiejętnie połączono tutaj szacunek do oryginału z realnymi usprawnieniami. Największe zmiany względem wersji z 2013 roku dotyczą oprawy wizualnej, płynności poruszania, drobnych jakościowych ulepszeń, przebudowy części systemów walki i skradania oraz mocniejszego skupienia całej narracji na Edwardzie przez ograniczenie współczesnej warstwy fabularnej. Nie wszystko w tym remasterze-remake’u jest jednoznacznie lepsze, ale całość bardzo skutecznie przypomina, dlaczego Black Flag stał się dla wielu czymś więcej niż tylko kolejnym Assassin’s Creed. Szkoda tylko, że Ubisoft przy okazji stara się graczom sprzedawać dodatkowe rzeczy przewyższające ceną samą grę. Taki niesmak.
To nadal gra, która najpełniej realizuje marzenie o byciu piratem w uniwersum serii. A kiedy po raz kolejny wypływa się na otwarte morze, słyszy śpiew szant, obserwuje czarne chmury na horyzoncie i czuje, że zaraz zacznie się kolejna morska awantura, łatwo dojść do wniosku, że niektóre rzeczy zwyczajnie się nie starzeją — trzeba je tylko od czasu do czasu porządnie odświeżyć.
Dodaj komentarz