Strona głównaRecenzjeGryNeonowy sen czy kosiarkowy koszmar? Recenzja gry Screamer

Neonowy sen czy kosiarkowy koszmar? Recenzja gry Screamer

Wchodząc w świat Screamera, można odnieść wrażenie, że ktoś wziął esencję estetyki Cyberpunka 2077, wymieszał ją z genami klasycznych arcade’owych ścigałek i zalał to wszystko grubą warstwą japońskiej animacji. Na papierze brzmi to jak przepis na hit, na który fani dynamicznej jazdy czekali od dekad. Rzeczywistość okazuje się jednak znacznie bardziej skomplikowana, pełna kontrastów i momentów, w których zachwyt miesza się z autentycznym zażenowaniem.

Night City na czterech kółkach

Zacznijmy od tego, co rzuca się w oczy jako pierwsze. Oprawa graficzna Screamera żywcem czerpie z neonowej estetyki Cyberpunka. Ulice miast, po których się ścigamy, ociekają światłem barwnych szyldów, a gęsta atmosfera futurystycznej metropolii jest niemal namacalna. Inspiracje wspomnianym dziełem CD Projekt RED są tu aż nadto widoczne – i nie chodzi tylko o ogólny “vibe”. Niektóre modele aut wyglądają, jakby zostały wyciągnięte niemal prosto z garażu V. To z jednej strony komplement, bo auta prezentują się świetnie, ale z drugiej – buduje oczekiwania co do powagi świata, które gra bardzo szybko weryfikuje w dość osobliwy sposób.

Fabuła w wyścigach? A po co, a komu to potrzebne?

Sama idea stojąca za fabułą wygląda następująco – tajemniczy miliarder, z sobie tylko znanych pobudek organizuje serię wyścigów, w których wygrać można ogromne pieniądze – setki miliardów dolarów. Do rywalizacji staje kilka zespołów, którymi kieruje nie tylko żądza wygranej i chęć zdobycia fortuny, ale też inne powody, mniej lub bardziej bezpośrednio związane z członkami innych ekip.

Twórcy postawili na ciekawą strukturę narracyjną. Pomiędzy kolejnymi zawodami historię śledzimy na dwa sposoby. Z jednej strony otrzymujemy profesjonalnie zrealizowane przerywniki filmowe, które wyglądają jak wysokobudżetowe anime. Są dynamiczne, świetnie narysowane i naprawdę budują klimat. Z drugiej strony mamy segmenty dialogowe stylizowane na visual novel – dwie lub więcej nieruchomych postaci i podpisy dialogów, przełączane przyciskiem “A”. Tutaj zaczyna się pierwszy zgrzyt. O ile animacje stoją na światowym poziomie, o tyle te “gadane” wstawki sprawiają wrażenie nieco tandetnych, budżetem i klimatem odstających od reszty gry.

Sama fabuła to też dość kontrowersyjny element. Screamer usilnie próbuje przemycić do kolorowej, arcade’owej ścigałki dorosłe, poważne tematy. Problem w tym, że te ambicje boleśnie zderzają się z formą podania. Oglądamy neonowe wyścigi, by chwilę później wylądować w środku egzystencjalnych rozważań bohaterów, które są podane w taki sposób, że często brzmią po prostu infantylnie.

Dialogi i tłumaczenie, czyli tutaj coś nie wyszło

Jeśli jednak fabuła wydaje się dziwna, to polska lokalizacja przenosi to doświadczenie na zupełnie inny poziom abstrakcji. Po pierwsze, tłumaczenie dialogów, które jest – dyplomatycznie mówiąc – nierówne. Gra potrafi w jednej scenie rzucić niewinnym “kurde”, by za moment uderzyć twardą “kurwą”, jakby tłumacz nie mógł się zdecydować, dla jakiej grupy wiekowej pracuje. W dodatku wiele kwestii brzmi, jakby przepuszczono je przez translator oparty o AI. Są rwane, sztuczne i pełne niezręcznych pauz oznaczonych jako “[…]” oraz wtrąceń niezbyt pasujących do kontekstu sceny. Postacie często zamiast mówić, po prostu wzdychają lub kwitują ważne wydarzenia ciszą, co w połączeniu z przesadnie egzaltowanymi, a czasem po prostu cringe’owymi tekstami, wywołuje zażenowanie zamiast zamierzonego napięcia.

Jeszcze a propos tłumaczenia i języków. Twórcy zdecydowali się na ciekawy, uzasadniony fabularnie zabieg. Każda z postaci mówi w swoim “ojczystym” języku i wszystkie doskonale się nawzajem rozumieją – włącznie z psem. Fabularnie wyjaśniono to chipem, który posiada każda z nich (i pies), który tłumaczy wypowiedzi innych w locie. Brzmi interesująco, w akcji wypada nieźle, choć niektóre języki brzmią tak egzotycznie, że ciężko poznać ich pochodzenie.

Model jazdy: oryginalny jak cała gra

Pamiętacie czasy, kiedy standardem na rynku gier były wyścigi, w których klawisz odpowiedzialny za hamowanie był tylko z czystej przyzwoitości, a w zakręty wchodziło się najczęściej bokiem, uderzając tyłem pojazdu o granice toru, żeby wyratować się przed bezpośrednim, czołowym uderzeniem z bandą? Screamer to właśnie tego typu gra, tylko ze sterowaniem wyniesionym do granic absurdu.

Jeśli szukacie symulacji, Screamer jest jej absolutnym przeciwieństwem. Gra momentalnie przywodzi na myśl anti-gravity racery w stylu legendarnego Wipeouta. Niby poruszamy się autami na kołach, ale fizyka ich zachowania sugeruje coś zupełnie innego. Samochody zachowują się, jakby ślizgały się tuż nad nawierzchnią toru, a cała zabawa polega na lataniu (trochę dosłownie, a trochę w przenośni) od lewej do prawej krawędzi, starając się utrzymać optymalną linię jazdy.

Kluczem do zwycięstwa jest drift, ale w Screamerze nie jest to mechanika intuicyjna i wymaga sporo treningu, aby odpowiednio wyćwiczyć pamięć mięśniową, nawet na niskich poziomach trudności. Standardowe skręcanie zostało tu niemal całkowicie zastąpione przez poślizgi, które mają to do siebie, że są mało precyzyjne. Do tego gra wymaga od nas nie lada podzielności uwagi. Nie wystarczy patrzeć na drogę i szukać skrótów (które, nawiasem mówiąc, są całkiem nieźle zaprojektowane i dają realną przewagę). Musimy jednocześnie w odpowiednich momentach wrzucać biegi i aktywować napełniany nimi boost. W efekcie wzrok gracza błądzi po całym ekranie, zamiast skupiać się na rywalizacji, co w połączeniu z chaotycznym modelem jazdy bywa męczące.

Swoją drogą, twórcy oddali do dyspozycji graczy kilka ułatwień, jak automatyczna pomoc przy hamowaniu, pełnym sterowaniu oraz tryb grania jedną ręką. Domyślam się, że w założeniu miał to być rodzaj pomocy dla graczy, którzy z różnych powodów nie są w stanie sterować obiema rękami, ale nie wyobrażam sobie gry w ten sposób na dłuższą metę. W grze już w normalnych trybach dużo się dzieje, a jeśli przeniesiemy część odpowiedzialności za sterowanie z lewej na prawą rękę… Co prawda gra przejmuje od nas sterowanie gazem, ale i tak zapanowanie nad wszystkimi „funkcjami samochodu” przy użyciu jednej ręki staje się nie lada wyczynem.

Niewątpliwym, dużym plusem nowego Screamera jest mnogość trybów gry. Poza trybem fabularnym mamy Arcade, podzielony na kilka podkategorii:

  • Wyścig Drużynowy (Team Race): Tryb, w którym budujesz własny zespół. Wynik końcowy nie zależy tylko od pozycji na mecie, ale również od liczby „nokautów” (KO) wykonanych na przeciwnikach.
  • Wyzwanie Overdrive (Overdrive Challenge): Ekstremalny tryb przetrwania. Specjalne doładowanie pojazdu jest aktywne od samego startu, a każda kolizja lub błąd kończy wyścig.
  • Wyzwanie Punktowe (Score Challenge): Tryb inspirowany grami arcade, w którym zbierasz punkty za konkretne akcje i triki na torze, walcząc o jak najwyższe miejsce w tabeli wyników.
  • Time Attack: Klasyczna jazda na czas, w której celem jest wykręcenie jak najlepszego wyniku na dystansie trzech okrążeń.
  • Tryb Checkpoint: Gracz musi docierać do kolejnych punktów kontrolnych, aby przedłużyć czas trwania przejazdu.
  • Tryb Wyścigu (Custom Race): Pozwala na pełną swobodę w ustalaniu zasad – od liczby okrążeń i uczestników po warunki pogodowe i poziom trudności.

Tryby wieloosobowe (Multiplayer):

  • Rankingowe Wyścigi Drużynowe: Sieciowa rywalizacja o punkty w tabeli liderów, kładąca nacisk na współpracę z innymi graczami.
  • Prywatne Lobby: Możliwość tworzenia zamkniętych sesji ze znajomymi z własnymi, niestandardowymi regułami.
  • Składanka (Mixtape): Rotacyjna lista odtwarzania zawierająca różne typy wyścigów i wyzwań online.
  • Split-screen (Podzielony ekran): Gra oferuje lokalny tryb wieloosobowy dla 1–4 graczy, co jest ukłonem w stronę retro korzeni serii.

Jazgot kosiarki

Warstwa audio Screamera to prawdziwa sinusoida. Na uznanie zasługuje zabieg rodem ze starych salonów gier – niemal każdy ekran menu to inna, dynamiczna i wpadająca w ucho muzyka. To świetnie buduje energię przed wyścigiem i sprawia, że poruszanie się po interfejsie nie nudzi, szczególnie, że często to świetna, pompująca elektronika.

Niestety, gorzej jest, gdy odpalamy silnik – przynajmniej na początku. Pierwsze godziny z grą to obcowanie z dźwiękiem, który można opisać tylko jednym słowem: irytujący. Niezależnie od tego, jakim autem jedziemy, z głośników wydobywa się monotonny warkot, przypominający… kosiarkę do trawy? Jest to o tyle frustrujące, że kompletnie zabija poczucie mocy maszyn, którymi sterujemy. Dopiero w późniejszych etapach gry, wraz z odblokowywaniem bardziej zaawansowanych modeli, odgłosy zaczynają być lepiej dopasowane do konkretnych pojazdów, ale pierwsze wrażenie pozostaje fatalne.

Co do samych pojazdów – z oczywistych względów są to całkowicie zmyślone konstrukcje, ale wiele z nich wizualnie bardzo przypomina auta poruszające się po drogach, tylko obudowane całą masą plastiku i innych materiałów, które mają poprawić aerodynamikę i osiągi.

AI i wrażenia z wyścigu

Największym grzechem Screamera jest jednak to, jak traktuje gracza podczas samej rywalizacji. Ściganie się z AI wywołuje poczucie sporej sztuczności. Nie wiem czy twórcy zastosowali tutaj rubber banding, czy tylko tak mi się wydaje, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że nieważne, jak idealnie pokonujemy zakręty i jakich skrótów używamy, przeciwnicy zawsze będą czaić się tuż za naszymi plecami, by na pierwszej większej prostej odpalić boost i nas wyprzedzić. Tu nie ma momentu, gdy mamy świadomość “no, odjechałem im już na tyle, że resztę wyścigu mogę jechać spokojnie” – tu cały czas trzeba jechać na limicie i mieć opanowane do perfekcji widzenie peryferyjne, inaczej w mgnieniu oka spadniemy z 1. miejsca na 8. To sprawia, że całe ściganie wydaje się trochę sztuczne – jakby sukces nie zawsze był wynikiem naszych umiejętności.

Podsumowanie

Screamer to produkcja rozdarta między ambicjami a wykonaniem. Z jednej strony zachwyca neonowym cyberpunkowym światem i świetnymi wstawkami anime, z drugiej odrzuca tymi drobnymi, irytującymi elementami jak dźwięk silników, przeciętna polska lokalizacja i model jazdy, który wymaga od gracza nadludzkiej cierpliwości.

To tytuł dla osób, które potrafią przymknąć oko na techniczne i scenariuszowe niedociągnięcia dla samej estetyki i arcade’owego klimatu minionych lat. Jeśli brakowało Wam takiego klimatu, z wszystkimi jego zaletami, ale i wadami, będziecie się przy tej produkcji doskonale bawić. Jeśli jednak czujecie, że nie macie cierpliwości by od nowa uczyć się jeździć, a japońska stylistyka bardziej Was drażni niż cieszy – to nie będzie tytuł dla Was.

Ocena: 7/10

 

Zalety

  • Rewelacyjna oprawa wizualna w klimacie neonowego cyberpunka.
  • Dawno nie było produkcji tak idealnie naśladującej klimaty oldschoolowego arcade.
  • Świetnie zrealizowane przerywniki filmowe w stylu anime.
  • Dynamiczna muzyka w menu.
  • Sporo trybów gry.
  • Dobrze przemyślane skróty na trasach.

Wady

  • Irytujące dźwięki silników (szczególnie na początku).
  • Nierówna polska lokalizacja
  • Agresywny rubber banding i poczucie losowości wyścigów.
  • Tonalny rozjazd między fabułą a stylem gry.
  • Panujący tu i ówdzie cringe

 

 

Bądź na bieżąco

Obserwuj GamingSociety.pl w Google News.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Treść komentarza
Wpisz swoje imię