Strona głównaRecenzjeGryCall of Duty: Vanguard ma zdecydowanie za mało contentu dla fanów Zombie

Call of Duty: Vanguard ma zdecydowanie za mało contentu dla fanów Zombie

Kampania Call of Duty: Vanguard pozostawia wiele do życzenia, multiplayer jest wyjątkowo zbugowany, a Zombie dopełnia tego obrazka, serwując fanom PvE bardzo przeciętną mapę.

Call of Duty: Vanguard dla fanów Zombie rozpoczął się od bardzo pozytywnej informacji. Na długo przed premierą gry dowiedzieliśmy się, że słynnym trybem PvE zajmować się będzie już tylko Treyarch. Infinity Ward będzie dalej wymyślać swoje zbędne i niedziałające alternatywne tryby, a Sledgehammer odda Zombie w ręce ekspertów.

Dla większości graczy była to dobra wiadomość. Tryby Zombie w Black Opsach należą do ulubionych tytułów wielu fanów, a samo studio zawsze z należytą uwagą traktowało tę wyjątkową społeczność Call of Duty.

Brak regularnych aktualizacji Zombie w drugiej połowie Cold Wara tłumaczono w rezultacie tym, że Treyarch pracuje nad nową grą i może nie mieć wystarczająco zasobów, żeby jeszcze co jakiś czas urozmaicać rozgrywkę fanom PvE.

Call of Duty: Vanguard

Der Anfang, jedyna mapa trybu Zombie w Call of Duty: Vanguard nie wygląda jednak, jakby wymagała zbyt wiele czasu na przygotowanie. Lądujemy na mapie Red Star z multiplayera, gdzie atakuje nas fala zombie. Po wybiciu przeciwników, rozglądamy się dookoła i na sporej przestrzeni widzimy wszystkie niezbędne do grania w Zombie mechanizmy. Obok siebie znajdują się – stacja do tworzenia pancerzy i granatów, Pack-a-Punch oraz skrzynka z losowymi przedmiotami i specjalne miejsce do kupowania nowych, ekskluzywnych dla Vanguarda perków.

Call of Duty: Vanguard

Red Star jest czymś w rodzaju naszej bazy wypadowej. Najpierw czyścimy lokację z zombie, a potem możemy kupić różne ulepszenia. Po wzmocnieniu ekwipunku, wchodzimy do portalu i przenosimy się do jednej z trzech misji. Pierwsza z nich to Blitz, gdzie musimy na małym skrawku mapy przeżyć przez parę minut. Druga to Harvest, która wymaga zbierania zabitych zombie dusz i deponowania ich w specjalne miejsce. Trzecia rodzaj to Transit, gdzie eskortujemy z punktu do punktu nasz cel, broniąc się jednocześnie przed otaczającymi nas rywalami. Po ukończeniu misji wracamy do bazy, musimy wyczyścić ją z potworów i kupić kolejne ulepszenia przed rozpoczęciem następnego zadania.

Ogólne tempo rozgrywki Der Anfang bardzo mi odpowiada. Cieszę się, że jest wyraźny moment, kiedy można wstać na chwilę od komputera, pójść po coś do picia albo zastanowić się nad swoimi kolejnymi zakupami, bez przejmowania się o goniące nas zombie. System perków i specjalnych umiejętności z Cold Wara sprawdza się też równie dobrze co w poprzedniej odsłonie. Nowa mechanika ekskluzywnych perków to z kolei prosty system, który gwarantuje dodatkowe obrażenia czy spowolnienie potworów. Jest tych możliwości dosyć niewiele, ale potrafią dobrze komplementować się ze sobą i zwiększać nasze możliwości podczas walki z zombie.

Call of Duty: Vanguard

Na dłuższą metę Der Anfang jest jednak do bólu powtarzalny i brakuje mi głębi, jaką oferuje większość map Zombie z poprzednich odsłon. Najbardziej boli fakt, że lokacje w poszczególnych misjach cały czas się powtarzają. Multiplayer ma 16 różnych map – dlaczego tej samej misji z eskortą czy zbieraniem dusz nie można było zrobić na siedmiu, ośmiu czy dziewięciu innych mapach? Zamiast tego Treyarch wrzuca nas na Red Star, na zmianę z paroma innymi lokacjami, potęgując tylko poczucie rutyny.

Podobnie jak dwóm pozostałym trybom Vanguarda, Zombie towarzyszy drobna liczba błędów. Najzabawniejszym z nich jest bez wątpienia specjalne zombie, które chodzi po mapie z ogromnym działkiem, ma mnóstwo punktów zdrowia, ale nie trafia ani jednym pociskiem, nawet kiedy zbliżymy się do niego na metr lub dwa. AI potworów wydaje się niemiłosiernie głupie, a ich tempo w późniejszych rundach mocno odbiega od tego, czego można było dokonać w Black Ops Cold War. Słynna mechanika „trainowania”, czyli ciągnięcia za sobą setek zombie. wydaje się całkowicie zbędna na Der Anfang.

Call of Duty: Vanguard

Jedyną nadzieją dla fanów trybu PvE jest aktualnie 2 grudnia. Wtedy do Call of Duty: Vanguard trafi pierwszy, oficjalny sezon. Warzone na następny rok połączy się nową odsłoną, a w multiplayerze pojawi się Battle Pass i prawdopodobnie cały zestaw nowego contentu. Zombie ma razem z pierwszym sezonem dostać Easter Egg, kolejny charakterystyczny element każdej gry, który zniknął bez śladu w Vanguardzie. Na ten moment Zombie mocno zawodzi i na pewno nie jest warte wydania 250 złotych dla kogoś, kto nie jest zainteresowany kampanią lub multiplayerem.

Bądź na bieżąco

Obserwuj GamingSociety.pl w Google News.

Tomasz Alicki
Szef działu gier. Miłośnik esportu, weteran Call of Duty i zapalony gracz Action RPG. W wolnych chwilach Netflix, dobra książka i World of Warcraft.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Treść komentarza
Wpisz swoje imię