Strona główna Recenzje Recenzja Layers of Fear (PC)

Recenzja Layers of Fear (PC)

- Reklama -

Layers of Fear to polska odpowiedź na ikoniczne „Lśnienie” Kubricka. Tu zamiast Nicholsona latającego z siekierą, jest malarz i jego obsesja na punkcie dzieła idealnego. Chociaż reprezentują dwa różne kanały rozrywki, to mają jedną wspólną cechę – mogą budzić wśród odbiorców podobny poziom niepokoju, któremu towarzyszą ciarki na plecach.

Wymagania sprzętowe rekomendowane:

CPU: Intel Core i5-3470, RAM: 4 GB, GPU: GeForce GTX 660 Ti, DX: 11, OS: 7/8/10, Miejsce na dysku: 3 GB 

Porównanie gry do filmu jest tutaj bardzo uzasadnione. Chociaż interaktywność w przypadku Layers of Fear jest o wiele wyższa, to jednak ma się wrażenie bardziej przenikania przez negatyw aparatu, aniżeli swobodnego przechodzenia lokacji. Wszystko od podstaw jest wyreżyserowane. My możemy tylko iść do przodu czekając na straszliwą puentę. Jest ona tragiczna dla głównego bohatera historii. Kierowany przez nas artysta dobrowolnie poddaje się sile autodestrukcji. Chęć stworzenia dzieła życia przysłania mu codzienne tło, a pierwszy plan zawsze zajmuje nieskalane farbą płótno czekające na dotyk swojego mistrza.

 
Zanim przejdziemy do szczegółów odpowiedzmy sobie na pytanie, czym jest Layer of Fear. Podchodząc do tego od strony gatunkowej, reprezentuje klasę produkcji najstraszniejszych, a więc mówimy tu o horrorze. Aczkolwiek  nie włożyłbym płyty z grą do szuflady z innymi tradycyjnymi straszakami. Po jej uruchomieniu doświadczymy więcej psychodelii i związanym z nią rozstrojem emocjonalnym. Przejawiać się będzie na wiele sposobów, tudzież rozglądając się przez kamerę FPP będziemy zaskakiwani załamaniem obrazu, rzeczywistych kolorów, złudzeniami optycznymi, a nawet obrzydliwymi formami sztuki, które mogłyby nadwyrężyć żołądek osobom o dolegliwościach gastrycznych. I w żaden sposób nie mam zamiaru szydzić z osób nadwrażliwych, gdyż dzięki świetnej oprawie graficznej Bloober Team serwuje czasem sceny graniczące z dobrym smakiem. Rzadko, ale jednak, występują na planie obrazów. Nie będę spojlerować wszystkich detali, dlatego jeśli Was zainteresowałem, sami sobie sprawdzicie. A co do grafiki, to aż nie chce się wierzyć, że grę napędza silnik Unity, który przeważnie jest wykorzystywany w grach mobilnych. Twórcy wycisnęli z niego siódme poty, a może i o jeden więcej. Chociaż w grze cały czas krążymy po jednym domu, odwiedzane pomieszczenia wyglądają realistycznie i są zróżnicowane pod kątem wystroju, więc nie grozi nam klaustrofobiczna monotonia. Piękny światłocień, zaczerpnięty niczym z barokowego malarstwa, eksponuje główne części domowego wyposażenia, podkreślając elementy symboliczne, tak ważne dla całości opowiedzianej historii.

 
A skoro już mowa o tym, fabułę gry odsłaniamy tu niczym warstwy obrazu. Najpierw zobaczymy zwykły dom o wysokim, XIX-wiecznym standardzie. Mimo że wypełniają go przepiękne meble, talerze pełne jedzenia, wydaje się kompletnie pusty. Pozbawiony ludzkiej ręki. Przechadzając się po włościach artysty można zwrócić uwagę, że nie do wszystkich pomieszczeń możemy wejść. Są niedostępne dla naszych oczu. Tak, jakby twórcy chcieli nas uchronić przed tajemnicą skrywaną za skrzypiącymi drzwiami. Po chwili przestałem więc szarpać za klamkę i pozwoliłem, by studio Bloober Team poprowadziło mnie za rączkę.

Jak się po chwili okazało, ów mężczyzna nie był tutaj jedynym lokatorem. Na stołach oraz innych elementach wystroju można było znaleźć odręcznie napisane liściki, niewyraźne zdjęcia, a także akcesoria i ubrania, które z pewnością należą do jakiejś kobiety. Już sama treść korespondencji skłania do myślenia, że bohater jest blisko z nią związany. I to bardzo blisko, bowiem na jednej z kartek możemy przeczytać o spodziewanych narodzinach dziecka. Niestety, w żaden sposób nie można nazwać ich gromadki szczęśliwą rodziną. Dalsza eksploracja ciepłego gniazdka dostarcza niepodważalnych argumentów na to, że w tym domu na pierwszym miejscu były pędzle zanurzone w malarskiej obsesji. Kiedy człowiek dąży do perfekcji swojego rzemiosła, często zapomina o pielęgnowaniu swojego życia. Staje się niewolnikiem pasji, która wyniszcza każdą jego cząstkę człowieczeństwa.

Po kilkunastu minutach spędzonych na przeskakiwaniu z pomieszczenia na pomieszczenie wreszcie zrozumiałem, że osoba, której oczyma oglądam świat, jest zaledwie cieniem człowieka, dość niezrównoważonego. Pogoń za nieśmiertelną sławą wywołuje w bohaterze emocjonalne odchyły. Towarzyszy temu oderwanie od świata rzeczywistego. Co ciekawsze, zwiedzane pokoje, składziki, czy też przestronne salony odzwierciedlają coś więcej, niż dekoratorski styl. Są jego wspomnieniami… Dlatego ograniczone metrażem lokum ma o wiele większą pojemność. Elementy wystroju mieszają się z uczuciami postaci ożywiając przedmioty utożsamiane z członkami rodziny.

Twórcy dołożyli wszelkich starań, by ta wycieczka po wnętrzu duszy, była nie tylko pouczająca, ale również straszna. Zgadza się, Layers of Fear to horror, na dodatek o dużych aspiracjach. Nie zdarzyło mi się podskoczyć na fotelu, lecz grając późnym wieczorkiem przy zgaszonym świetle, ciary atakowały moje plecy jak nawiedzone. Duża w tym rola mrocznego klimatu, a przede wszystkim nagłych scen. Nie brak tutaj trzasków drzwiami, lewitujących krzeseł, płaczących lalek. O dziwo, największe emocje nie wywoływały rzeczy widzialne, a te za naszymi plecami. Dla przykładu przywołam jedną z tych bardziej upiornych. Idąc korytarzem nad drzwiami spostrzegłem wyżłobiony w ścianie napis: „nie oglądaj się za siebie”. Ciekawość niestety była silniejsza od rozsądku. Obróciłem się myszką i nagle wyskoczyła postać w bandażach i z morderstwem wypisanym w oczach. Inny epizod niebezpieczny dla mojego zdrowia psychicznego – ląduje w słabo oświetlonej piwnicy, a obok mnie na sztaludze spoczywa portret wykonany przez Van Eycka. W momencie obrócenia się kamerą zniknęły przede mną drzwi, a znikąd ukazało się bardzo blisko twarzy wspomniane dzieło. Może nie brzmi to teraz zbyt groźnie, ale grając w kompletnych ciemnościach i przy akompaniamencie ponurej muzyki w wykonaniu Arkadiusza Reikowskiego, uwierzcie, że skutecznie podniosło mi poziom adrenaliny. Dźwięki odrywają niebagatelną rolę w budowaniu nastroju. Aby zgrać ze sobą klimat XIX wieku i niezbyt lekką opowieść, kompozytor postanowił zaspokoić bębenki słuchowe klasyczną nutą o dość ciemnym, posępnym kolorycie. Przy pomocy piskliwych skrzypiec i młotkowego uderzenia klawiszy fortepianu Reikowski stworzył dla Layers of Fear integralną część, a wręcz warstwę podnoszącą ogólny poziom strachu.

Sukces można przypisać także pojawiającym się w grze obrazom innych malarzy renesansowych i klasycznych (tudzież Francisco Goya, Rembrandta, Caravaggia, Da Vinciego). Wybór tych konkretnych przedstawicieli malarstwa mocno wpływa na, budowany wokół bohatera, dramatyzm ulotnych chwil. Można również pokusić się o hipotezę, której nie znajdziecie w innych recenzjach. Oryginalne obrazy wiszące na ścianie, tak naprawdę nie znajdują się w domu bohatera, a jedynie w głowie. Stanowią dla niego wzór doskonałości, bowiem ich autorów uważa się za mistrzów gatunku realizmu. Przechadzając się obok oryginalnych wersji płócien, za sprawą rozpuszczalnika, zmieniają się w makabryczne odmiany, pełne brunatnych odcieni i przerażających wizji. Możliwe, że jest to celowe zagranie, by podkreślić, że główny bohater nadal nie stworzył arcymalowidła. Przez to roi mu się w głowie, że dawni mistrzowie naigrywają się z jego prób. Ps. „Dama z łasiczką” w demonicznej wersji po prostu wymiata.

Oprócz agresywnych obrazów, czasem na naszej drodze stanie karykatura kobiety, zniszczonej przez płomienie i podłość jej ukochanego. Przypomina bohaterowi o jego błędach, by ten zrozumiał, że odpowiada za rozłam rodziny. Dlatego już nie postrzega jej jako swoją miłość, a obrzydliwą babę, której unika, jak ognia. Tu jednak uspokajam, gdy maszkara dosięgnie naszej szyi, nie zakończymy gry z napisem Game Over. Tuż po nieprzyjemnym zbliżeniu ockniemy się na podłodze i będziemy mogli kontynuować rozgrywkę. A ta w gruncie rzeczy jest bardzo prosta. Mamy zebrać materiały potrzebne do stworzenia doskonałego obrazu, pozbawionego jakichkolwiek wad. Z tymże proces powstawania dzieła jest owocem pasji i tęsknoty za nieosiągalną perfekcją, więc stosowana przez malarza metoda jest mocno kontrowersyjna. W gabinecie, gdzie pędzel nigdy nie odpoczywa, obok sztalugi na półce kolekcjonuje unikalne rzeczy, takie jak: palec wskazujący, włosy dziecka, fragment skóry, oko. Dla nas może i jest to obrzydliwe, lecz dla niego stanowi niezbędne natchnienie.

Istotne względem rozwoju fabuły jest, by odnaleźć je wszystkie, bowiem gdy znajdziemy jeden brakujący puzzel układanki, wówczas przeniesiemy się do warsztatu pracy. Tamże, na środku pomieszczenia, czeka na nas płótno, które za każdym razem wypełniamy nowymi warstwami emulsji. Jednakże na ostateczny kształt obrazu nie mają wpływu zebrane części ludzkiego ciała, a podjęte decyzje i nasza interakcja z porozrzucanymi po pokojach specyficznymi rzeczami. Mowa tu o rzeczach przywodzących na myśl bliskie osoby. Kobiecy grzebyk, pierścionek zaręczynowy, i wiele innych wspólnych przedmiotów, które łączyły bohatera z jego rodziną. Warto poświęcić trochę czasu na przeszukanie szuflad oraz półek w celu poznania ich skomplikowanych relacji.   

 
Oczywiście jest to jedna z opcji przechodzenia gry. To, jaką postawę przyjmiemy wobec jego familii zadecyduje o ostatecznej kompozycji obrazu i tym samym o finale Layers of Fear. Możemy osiągnąć stan kompletnego catharsis, stworzyć popisową pracę, którą wielbić będą pokolenia, lub idąc na łatwiznę poddać się szaleństwu nieosiągalnego idealizmu.

Gra nie pozwoli Wam zmrużyć oczu przez około cztery godziny. Tyle dokładnie potrzebowałem do przejścia, choć nie ukrywam, że za pierwszym podejściem było to niecałe pięć godzin. Tak, dwa razy podchodziłem do „warstwy strachu”, bowiem jak już się pewnie domyślacie, nie otrzymałem zadowalającego finału. Najwyraźniej twórcom udało się nie tylko stworzyć wciągający horror, ale i zaszczepić we mnie dryg do fatalistycznego perfekcjonizmu…

Jeśli lubicie gatunek horroru, ten tytuł nie powinien być Wam obojętny. Jest mroczny jak cholera, nie nudzi, pozwala nieco spojrzeć na swoją postawę i podejście do życia, a również poznać sposób myślenia prawdziwych artystów. Ukazane wyrzeczenia i pociąg do doskonałości przybierają tu negatywną formę, lecz z drugiej strony są konieczne, by stać się mistrzem swojej profesji. Pamiętajcie, by w chwili odpalenia gry za oknami świecił jedynie Księżyc, a w pokoju panowała głęboka ciemność. Dopiero wtedy poczujecie kapitalny klimat i trwogę bijące z Layers of Fear.

[pm]+mroczny klimat
+oprawa audio-wizualna
+miejscami naprawdę straszna
+niekonwencjonalna historia, która może pouczać
+trzy zakończenia
-twórcy prowadzą nas za rączkę, jak zagubione dziecko
-liniowość
-dosyć krótka
[/pm]

Źródło:

Bądź na bieżąco

Obserwuj GamingSociety.pl w Google News.

Grzegorz Rosa
Grzegorz Rosa
Redaktor, szef działów gry i audio

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Treść komentarza
Wpisz swoje imię

GORĄCE RECENZJE