Amerykanie słyną z tego, że w obronie prawa do posiadania broni są w stanie przyjąć najbardziej nawet absurdalne regulacje prawne. A najbardziej winnymi licznych strzelanin za Oceanem są z reguły gry, więc to ich tyczą się regulacje.

Sytuacji nie poprawiają niestety wydarzenia takie jak w Jacksonville na Florydzie, gdzie szaleniec z bronią w ręku zabił czterech uczestników turnieju esportowego, a 9 innych zranił. Od tamtych wydarzeń minęło ponad pół roku, ale gry w USA nadal mają problem.

Teraz chcą się do nich dobrać władze stanu Pensylwania, a konkretnie – chcą położyć ręce na pieniądzach ze sprzedaży gier uznanych za brutalne. Ma to być nowy, stanowy podatek, w wysokości 10 procent od sprzedaży. Mają nim zostać objęte wszystkie gry, które amerykańska komisja ESRB oznaczy ratingiem M lub Adults Only. Oznacza to oczywiście wzrost cen, bo przecież żaden developer nie wyłoży podatku z własnej kieszeni, a obciąży nim klientów.

Pieniądze z podatku, który dorobił się już nazwy “podatku od grzechu”, miałyby zostać przeznaczone na poprawę bezpieczeństwa i zapobieganie kolejnym strzelaninom. A wystarczyłoby ograniczyć dostęp do amerykańskiej świętości – broni…

Zobacz: Fortnite – nauczyciele obwiniają grę o wzrost przemocy w szkołach

To już kolejna próba wprowadzenia takiego podatku. Poprzednia miała miejsce pod koniec ubiegłego roku, ale zmian nie udało się wtedy przyjąć. Murem przeciwko nowym przepisom stanęli amerykańscy wydawcy gier, uznając je za niezgodne z konstytucją. Co ciekawe, autor pomysłu powołał się na badania Narodowego Centrum Zdrowia, które wskazały gry jako przyczynę wzrostu agresji w szkołach. NIestety, milczeniem pominął niewygodny dla wielu Amerykanów fakt, że to samo badanie wskazuje także między innymi na… powszechny dostęp do broni.

Jak sądzicie, kiedy gry wreszcie przestaną być dla całego świata (a szczególnie USA) źródłem całego zła na świecie i powszechnym chłopcem do bicia?

ZOSTAW KOMENTARZ

Treść komentarza
Wpisz swoje imię