Nie będę ukrywał – Ready Player One był filmem wyczekiwanym przeze mnie od dłuższego czasu. Po pierwsze z powodu osoby Stevena Spielberga, do którego mam sentyment z powodu jego starych filmów, ale przede wszystkim z racji zapowiedzi, że w filmie pojawi się mnóstwo nawiązań do pop-kultury i symboliki lat 80 i 90.

Złap je wszystkie!

Nie jestem co prawda fanatycznym maniakiem komiksów czy filmów animowanych lat 90, chociaż część tych najbardziej znanych tytułów oczywiście gdzieś się w moim życiu przewinęła. Za to od bardzo wczesnych lat moje życie kręciło się gdzieś wokół gier – czego efekty widzicie od kilku miesięcy na Gamingsociety.pl. 😉 I to właśnie tego typu nawiązań oczekiwałem najbardziej. I nie zawiodłem się ani trochę! Film już od pierwszych chwil bombarduje nas olbrzymią ilością „easter eggów”– z różnych dziedzin, począwszy od gier, muzyki tamtego okresu, komiksów, filmów, załapały się nawet akcenty z anime i mang. Przez pierwsze pół godziny tempo „mrugania do widza” jest gigantyczne, kolejnymi akcentami „dostajemy po głowie” co kilka sekund, potem nieco zwalnia, ale w dalszym ciągu nie ma powodów do narzekań. Easter egg kryje się nawet w samym logo filmu. Pod tym względem ten film to jeden wielki hołd oddany tamtym czasom.

Jump!

Wspomniałem o muzyce – twórcy nie silili się na tworzenie ścieżki dźwiękowej od początku od zera, tylko sięgnęli po najbardziej rozpoznawalne utwory końcówki XX wieku. Scenom otwierającym towarzyszy „Jump” zespołu Van Halen, które sprawia, że na twarzach takich maniaków jak ja od razu pojawia się uśmiech, który nie schodził do samego końca.

140 minut akcji i symboli

Jeśli zaś chodzi o to, po co zwykle chodzi się do kina, czyli fabułę – jest fajna, o ile podejdzie się do filmu w odpowiedni sposób. W jej treści znajdą coś dla siebie zarówno starsi widzowie, jak i młodzi ludzie, żyjący w erze Facebooka i (kolejnego) boomu na Virtual Reality. Najważniejsze to nie doszukiwać się w Ready Player One nie wiadomo jak głębokiego, filozoficznego przesłania, chociaż moim zdaniem świat opisany w filmie ciekawie komponuje się z aktualnymi wydarzeniami, chociażby aferą z wykorzystaniem prywatnych danych przez Facebooka. Jednak przede wszystkim jest to świetne kino przygodowe, pełne akcji i efektów specjalnych. Tutaj wyrazy uznania dla dwójki Polaków, którzy pracowali przy filmie – Januszowi Kamińskiemu zawdzięczamy świetne ujęcia, a za kostiumy odpowiada Katarzyna Walicka-Maimone.

Dzieło życia Spielberga?

Swoją drogą, w niektórych recenzjach filmu narzekano na pewien dysonans pomiędzy scenami kręconymi „w realu”, z udziałem aktorów oraz tymi stworzonymi przez komputer. Nie zgodzę się – po pierwsze scen „w realu”, także tych bardzo kluczowych dla filmu jest naprawdę sporo. A po drugie – aktorzy być może faktycznie odgrywają swoje role nieco bardziej „drewnianie” w porównaniu ze swoimi komputerowymi avatarami, ale wydaje mi się, że to celowy zabieg. W końcu w wirtualnej rzeczywistości opisanej w filmie każdy mógł być kim chciał, nic więc dziwnego, że avatary były „lepsze” (zachowywały się z większym „pazurem” i charakterkiem) niż ich właściciele.

Już chyba jasnym dla Was stało się, że Ready Player One to dla mnie film niezwykły, który oceniam bardzo wysoko. Dla Spielberga był okazją do złożenia hołdu czasom i ludziom, którzy ukształtowali jego spojrzenie na świat i reżyserski warsztat, a dla mnie – oprócz bycia po prostu świetnym filmem – sentymentalną podróżą przez ostatnie 30 lat mojego życia, którą zapewne odbędę jeszcze nie raz, analizując ujęcia i doszukując się nawiązań, których nie udało mi się wyłapać wcześniej. Jeśli nie oglądaliście – serdecznie polecam!

Źródło: wł.

ZOSTAW KOMENTARZ

Treść komentarza
Wpisz swoje imię