Ostatnie dni większość fanów gier competitive spędziła w kolejce do testowego serwera League of Legends. Wszyscy chcieli spróbować Teamfight Tactics. Zanim gra oficjalnie ujrzy światło dzienne, postanowiliśmy zebrać w jedno miejsce wszystkie niezbędne informacje odnośnie do nowego dziecka Riot Games i wytłumaczyć nowy fenomen.

Zobacz także: Teamfight Tactics: ściąga dla graczy – szansa na postacie, itemy i synergie

Zobacz także: Teamfight Tactics – poradnik dla początkujących

Podobnie jak w przypadku wielu popularnych gier online, wszystko zaczęło się od moda do Doty 2. Autor postanowił stworzyć własną wersję szachów z postaciami z popularnej Moby. W ten sposób świat obiegł Auto Chess. Miłośnicy Hearthstone’a rzucili się na nową gratkę, sporo profesjonalnych graczy przyznawało się do regularnego grania pomiędzy treningami, a gracze szybko zaczęli pytać o ewentualną wersję standalone.

Teraz, kiedy od premiery pierwszego Auto Chessa minęło już kilka ładnych miesięcy, na rynku dostępne są aż trzy różne wersje. Na smartfonach zagracie w Auto Chess i Dota Underlords, edycję Valve. Ku zaskoczeniu wielu fanów, w nowym trendzie swoją szansę dostrzegł również Riot. Podążając zasadami tego specyficznego gatunku, gigant odpowiedzialny za League of Legends postanowił zebrać swoje postaci i wrzucić je we własną wersję Auto Chess.

Teamfight Tactics – podstawy

Samo zrozumienie gry na tyle, żeby czerpać z niej przyjemność, w przeciwieństwie do chociażby League of Legends, nie jest na szczęście zbyt trudne. Podstawowym zadaniem każdego z ośmiu graczy, którzy znajdują się w jednej grze, jest bowiem budowanie swojej drużyny. Co rundę spotykamy naprzeciwko siebie rywala lub jednostki kontrolowane przez komputer. Przegrana walka zabiera punkty zdrowia naszej postaci. Kiedy jej życie spadnie do zera, nasza przygoda z danym meczem dobiega końca.

Walka odbywa się automatycznie. Domyślam się, że w tym momencie wiele z Was ma przed oczami jakieś darmowe gry mobilne, które pozwalają rozsiąść się na fotelu i patrzeć, jak bohater sam wykonuje wszystkie zadania. Na szczęście nieprzyjemne uczucie towarzyszące większości współczesnych gier na smartfony nijak ma się do satysfakcji, jaką niesie ze sobą gameplay Teamfight Tactics. Poza tym, takie rozwiązanie pozwala również skupić się na szczegółach budowania naszej armii. A jest ich naprawdę dużo…

Jak możecie się pewnie domyślać, jednostki różnią się od siebie nie tylko rzadkością, umiejętnościami czy rolą spełnianą w walce, ale również rodzajem. W tym przypadku, klasą i pochodzeniem. Jeżeli na polu bitwy pojawi się określona liczba stworów o tej samej klasie lub pochodzeniu, zyskujemy jakąś pasywną umiejętność. Najprościej będzie wytłumaczyć to na przykładzie.

Jeżeli na „stole” postawimy Warwicka i Volibeara, obaj rodzaju Brawler, postaci zyskają dodatkowe 300 HP. Kolejnych dwóch Brawlerów, chociażby Rek’Sai i Cho’Gath, wszystkim reprezentantom tej klasy gwarantuje już 700 dodatkowych punktów zdrowia. Obok tego samego Volibeara możemy też postawić również Brauma, obaj pochodzenia Glacial, co dałoby nam 20% szansy na stuna.

Same jednostki kupujemy przy pomocy złota, które trafia do nas po każdej zakończonej rundzie. Na dole ekranu pojawia się pięć losowych postaci do wyboru. Listę możemy odświeżyć, płacąc dwie sztuki złota. Ponadto, połączenie trzech tych samych jednostek awansuje ją na drugi poziom, a połączenie trzech jednostek na drugim poziomie, tworzy jedną na trzecim.

Istotnym wyznacznikiem, znacząco kontrolującym naszą rozgrywkę, jest również poziom naszej postaci. Doświadczenie gwarantujące poziomy możemy również kupić za złoto lub po prostu czekać, aż trafi ono na nasze konto po kolejnych walkach. Sam level wpływa z kolei nie tylko na liczbę jednostek, jaką możemy wrzucić na pole walki, ale również na rzadkość stworów, jakie pojawiają się w odświeżanym co rundzie „sklepie”.

Easy to learn, hard to master

Nie byłoby pewnie w Teamfight Tactics nic skomplikowanego, gdyby nie liczba detali, jakie trzeba brać pod uwagę, budując swoją drużynę. Detali, które zaczynają powoli docierać do Was po kolejnych rozgrywanych spotkaniach. Już sama synergia pomiędzy postaciami wydaje się trudna do ogarnięcia, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że aktualnie w grze jest 10 różnych klas i aż 13 rodzajów pochodzenia.

Na początku Teamfight Tactics wymusza przede wszystkim podejmowanie szybkich decyzji pod presją czasu. Gdyby przed pierwszą walką można było zwyczajnie otworzyć sklep i wybrać sobie dokładnie te jednostki, jakich potrzebujemy, nie mielibyśmy się czym martwić. W praktyce bazujemy jednak wyłącznie na tym, co pozwoli nam kupić gra.

Szybko udało Wam się zebrać kilku Knightów, wrzucić ich do walki i zdominować początek rozgrywki dzięki silnemu bonusowi. W międzyczasie udało się jednak również wbić Vayne na trzeci poziom. Vayne, która jest teraz dosyć potężna, ale nie ma żadnej synergii z resztą Knightów. Podobnie jak w tych prawdziwych szachach, trzeba patrzeć w przyszłość. Zastanowić się, co aktualnie macie do dyspozycji i jak ta drużyna może wyglądać po wydaniu 50 sztuk złota. Może warto zacząć pozbywać się niektórych Knightów, a w sklepie szukać postaci, które z Waszej Vayne uczyniłyby karabin maszynowy?

Bardzo ważną mechaniką w Teamfight Tactics są również przedmioty. Podczas rund przeciwko AI oraz tzw. „karuzeli”, specjalnych rund w trakcie gry, podczas których każdy z graczy może wybrać jedną z dostępnych dla wszystkich postaci, mamy szansę dostać różne itemy. Każdy z ośmiu przedmiotów ma jakąś podstawową umiejętność, ale dopiero gdy dwa z nich połączymy razem, nasza postać staje się wyraźnie silniejsza.

Możliwości jest naprawdę dużo. Niektóre z nich są słabsze, inne lepsze, a jeszcze kolejne zwyczajnie sytuacyjne lub efektywne wyłącznie na konkretnych postaciach. Guinsoo’s Rageblade zwiększające prędkość ataku nie zadziała tak dobrze na Garenie, jak zadziała na Vayne czy Dravenie. Jest to kolejny aspekt gry, który podobnie jak losowe postaci pojawiające się w sklepie, potrafi zadecydować o kierunku, w jakim ułoży się Wasza drużyna.

W Teamfight Tactics przedmioty wydają się mieć dużo większe znaczenie niż w Auto Chess czy Dota Underlords. Zwykła postać na drugim poziomie wzbogacona o Attack Speed czy Magic Damage potrafi siać spustoszenie na całej planszy. Z Vayne możemy zrobić maszynę do zabijania, a z Garena ścianę nie do przejścia.

RNG i catch-up mechanic

Dwa słowa budzące największą grozę w większości gier competitive. Pierwsze z nich to po prostu losowość. Jak duży wpływ ma szczęście na wynik końcowy Waszego meczu? Catch-up mechanic to z kolei ułatwienia dla tych przegrywających, którzy stracili sporo punktów życia i szukają sposobu na powrót do gry.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że szczęście odgrywa marginalną rolę w drodze do zwycięstwa. Regularnie zdarzają się bowiem mecze, gdzie jeden z graczy wbija postać na trzeci poziom, wrzuca na nią jeden przedmiot i dzięki swojej serii zwycięstw staje się coraz bogatszy, zwiększając tylko szansę na zdobycie kolejnych, droższych jednostek.

Również w tym przypadku można to jednak dosyć łatwo wyjaśnić. Całe Teamfight Tactics operuje na systemie wspólnej dla wszystkich graczy „puli” bohaterów. Po raz kolejny najlepiej będzie posłużyć się przykładem.

Na pierwszym poziomie w sklepie zobaczymy wyłącznie jednostki pierwszego tieru, teoretycznie najsłabsze postaci. W puli znajduje się 39 sztuk każdej z nich. Jeżeli któryś z graczy kupi dwie Vayne, w łącznej puli znajduje się już tylko 37 Vayne, co zmniejsza szanse reszty graczy na zdobycie tej, konkretnej postaci. Chociaż RNG wciąż odgrywa sporą rolę, możemy przecież trafić w sklepie trzy czy cztery te same jednostki i automatycznie zwiększyć ich poziom, prawdopodobieństwo ma nawet większe znacznie. Szczęściu można skutecznie pomóc, obserwując sytuacje na stołach naszych rywali.

Najbardziej losowym elementem aktualnej rozgrywki są przedmioty. Walki przeciwko AI nie gwarantują ich zdobycia, a żeby położyć swoje ręce na tych wyraźnie silniejszych, trzeba mieć sporo szczęścia albo po prostu przegrać kilka pojedynków. Sądząc jednak po komentarzach na oficjalnym subreddicie oraz opiniach streamerów, taki stan przedmiotów nie utrzyma się na długo.

Catch-up mechanic sprawdza się z kolei dosyć skutecznie i regularnie pozwala graczom wracać do gier, które nie zaczęły się dla nich zbyt korzystnie. Obok dodatkowego złota przyznawanego za serię przegranych meczów, gracze z mniejszą liczbą punktów zdrowia mają pierwszeństwo we wspomnianej wcześniej „karuzeli”. Wszyscy uczestnicy zbierają się na okrągłej planszy i zostają stopniowo wypuszczani na wolność, zyskując tym samym możliwość wybrania jednej z dostępnych na środku postaci.

Kolejność wypuszczania graczy zależy od ich punktów zdrowia. Im więcej dostaliśmy obrażeń, tym szybciej będziemy mogli wybrać nową postać. Przegrywający gracze często dostają w ten sposób jednostki nie tylko rzadsze, ale również wyposażone w silne przedmioty. Taka przewaga jest w stanie skutecznie wzmocnić ich drużynę i zapewnić szansę przeciwko tym najlepszym.

Teamfight Tactics oficjalnie ma ujrzeć światło dzienne 26 czerwca, z trybem rankingowym debiutującym już tydzień później. Do tego czasu wciąż możecie spróbować swoich sił w kolejce do logowania na serwery PBE. To na tej podstawie deweloperzy wyciągają właśnie wnioski dotyczące aktualnego stanu gry i balansują dostępne w grze postaci.

Biorąc również pod uwagę liczbę dostępnych tytułów z „gatunku” Auto Chess oraz ich dostępność na różnych platformach, szykują się bardzo ciekawe czasy dla fanów gier competitive. Już teraz mówi się o kolejnej scenie esportowej, tryby rankingowe powinny wyklarować czołówkę, a rywalizacja pomiędzy poszczególnymi tytułami może dostarczyć sporo rozrywki. Jeżeli szukacie więc jakiegoś nowego tytułu, który zabierze większość Waszego wolnego czasu, Teamfight Tactics zapowiada się na idealnego kandydata.

ZOSTAW KOMENTARZ

Treść komentarza
Wpisz swoje imię